# 2
Śnilo mi się (co jest warte odnotowania, bo rzadko pamiętam sny), że bylam w ostatnim miesiącu ciąży. Potem odeszły mi wody i jechalismy z K. do szpitala "Mercure Panorama" koło Galerii Domimnikańskiej (mniejsza o to, że w rzeczywistości to hotel). Pamiętam, że leżę na łóżku, na którym ma się odbyć poród, a zaraz potem podają mi śliczną córeczkę. Cieszyliśmy się strasznie, że dziecko jest zdrowe, a potem K. zapytał, kiedy już będzie można (Świetny ze mnie tatuś - to jego komentarz po tym, jak mu opowiedziałam sen).
I absurdalnie największym problemem było to, że wcześniej w ogóle nie pomyśleliśmy o kupieniu wyprawki, żadnych śpioszków, wózka, łóżeczka.
W pracy ślęczałam cały dzień nad poronionymi raportami, czyli tłuczenie w klawiaturę tego samego, cyfry i litery dwoją się w oczach, a ja staram się w miarę nie pomylić. Nawet się udało.
Na dach przyszedł mój ulubiony Brązowy Kot, dostał prawie całą puszkę KiteKat. Nowa już czeka na niego w lodówce.
Coś mi mówi, że nasze koty będą kiedyś strasznie rozpieszczane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz